polski
   
Wyszukiwarka
Strona główna / Historia / Krwawa Wigilia
Krwawa Wigilia


„Krwawa Wigilia” w Ochotnicy Dolnej – Młynne

W latach wojny ludność Ochotnicy była ciągle nękana przez okupanta. Narzucano wsi bardzo wysokie kontyngenty, przeprowadzano liczne rekwizycje dobytku, wysyłki na przymusowe roboty. Niemcy próbowali też zniszczyć ruch partyzancki na terenie Ochotnicy, więc podejmowali akcje zbrojne, podczas których ginęli również bezbronni mieszkańcy wsi.
W roku 1944 nasiliły się represje wobec ludności. Niemcy rekwirowali całe zapasy żywności, zabierali mienie. Również w tym celu 22 grudnia 1944 r. w Ochotnicy Dolnej pojawili się esesmani. Rozpoczęli oni rabunek dobytku chłopskiego i wówczas zostali nagle zaatakowani przez grupę partyzantów radzieckich. W wyniku starcia zginęło dwóch Niemców, w tym kpt. SS Bruno Koch z Monachium. Niemcy wycofali się w panice w stronę Tylmanowej.
Ta potyczka stała się początkiem wielkiej tragedii w Młynnem. W odwecie za partyzancki napad mieli spalić zabudowania i wymordować mieszkańców. Około południa w sobotę 23 XII w dzień Wigilii obchodzonej wówczas wcześniej (ówczesne przepisy kościelne nie zezwalały obchodzić Wigilii w niedzielę) pojawiła się we wsi na samochodach pancernych znaczna liczba esesmanów z Krościenka i Szczawnicy. Hitlerowcy ruszyli wzdłuż zabudowań w Młynnem w osiedlu Brzeźnie. Wpadali do domów, żądali pieniędzy, a następnie strzelali do ludzi, nie oszczędzając nawet dzieci. .Palili domostwa i zabijali po drodze wszystkich. Ginęły całe rodziny Brzeźnych, Chlipałów, Rusnaków, Kawalców...

Naoczni świadkowie tych wydarzeń tak oto wspominali ten dzień.
Zofia Jordan z domu Ptaszek: „Wtedy służyłam u sołtysa Jana Brzeźnego. 23 grudnia rano sołtys poszedł do pracy do urzędu. My z gospodynią piekłyśmy chleb na Święta. Sołtys miał pięcioro dzieci. Najstarsze miało 9 lat, a najmłodsze 2 miesiące. Oprócz tego było tam dwoje dzieci brata i siostry sołtysa. W pewnej chwili 9 – letnia dziewczynka Józefa Konopka od sąsiadów powiadomiła nas, że przyjechali Niemcy. Nie zdążyła jednak wrócić do siebie, bo Niemcy zaczęli strzelać koło naszego domu, więc została z nami. W czasie tych strzałów doszła jeszcze starsza kobieta – sąsiadka Rozalia Mazurek. Padła na podłogę i odmawiała Koronkę do 5 ran Zbawiciela. Domy sąsiadów już się paliły, a myśmy jeszcze były w środku. Mówię wtedy do gospodyni: „ Nie chciałyście wyjść z domu, to się teraz żywcem spalimy.” A ona mi powiedziała: „Zośka nie wątpij w Boga, bo większa moc Boska jak wszystkie wojska świata.” W tym momencie wszedł do nas Niemiec z granatem w ręce. Jak dzieci go zobaczyły zaczęły strasznie płakać, więc schował granat do kieszeni i mówi: „Dajcie pieniądze.” Odezwała się Rozalia Mazurek, prosząc: Panie ja nie z tego domu. A on jej powiedział: „Masz, ale nie chcesz dać.” Strzelił do niej z karabinu i przestrzelił obie ręce. Lewą jej potem odjęli w szpitalu po łokieć, a z prawą żyła jeszcze potem kilka lat. Drugi strzał oddał do żony sołtysa tj. do mojej gospodyni. Ona padła na podłogę cała skrwawiona i zemdlała. Natomiast najstarszej córeczce Marysi przestrzelił nogę i wyszedł z domu, by podpalić stodołę. Ja zaś zostałam w domu z dziećmi, ale on wrócił z powrotem i mówi do mnie; „Panienko, daj pieniądze.” Ja bardzo przestraszona odezwałam się: „Jestem służącą i nie mam pieniędzy, ale może mają w izbie”. Poszedł więc do izby, a ja pomyślałam: „Już tylu ludzi spalili, może i moi rodzice na Osobiu zginęli?” Szybko zabrałam wszystkie siedmioro dzieci z sobą i wybiegłam z nimi na podwórko. Nie było jak iść, bo naokoło paliły się domy. Jak my przeszły nad dom Wojciecha Smreczka, który cały był w płomieniach, widziałyśmy jak mały Staś wołał: „Gdzie moja mama?” Wtedy Niemiec złapał go i wrzucił w ogień. Myśmy zdążyły jeszcze dojść nad dom Józefa Błachuta, ale na podwórku zatrzymał nas Niemiec i chciał zastrzelić. W tym czasie wyszła ze stajni żona Błachuta i uciekała do domu. Niemiec zostawił nas i pobiegł za nią do domu. Tam zabił cztery osoby, dwie kobiety i dwóch małych chłopców, a ja z dziećmi uciekłam poza młyn i ostatni dom, który spalili. Był to dom brata sołtysa, Stanisława Brzeźnego. Tu zabili dwóch chłopców i dwóch zranili, a na polu zastrzelili czworo dzieci Stanisława Brzeźnego i synową z małym dzieckiem. Razem sześcioro ludzi z tego domu. Kawałek niżej spotkałam Marię Kawalec, tę którą wyrzeźbiono na pomniku przy kościele. Kucała na kolanach i łokciach pod wierzbą nieżywa, a przy sobie na prawej ręce trzymała zabite dziecko. Jej mąż spalił się w domu z małym chłopcem. Jak ja uciekłam z dziećmi z domu, to dom się jeszcze nie palił. Rozalia Mazurek wyszła na pole cała zalana krwią, a gospodyni miała jeszcze tyle przytomności, że najmniejsze dwumiesięczne dziecko owinęła w poduszkę i wyszła na podwórko, gdzie upadła na ziemię. Jak Niemcy odeszli to przyszła ku niej Rozalia Franasowicz, zaniosła dziecko do Sosków i ją wzięła na plecy i zaniosła do domu Królczyków. Na drugi dzień umarła...”
Maria Szado z domu Brzeźna: „Jestem właśnie tą małą dziewięcioletnią dziewczynką postrzeloną w nogę w „Krwawą Wigilię”. Wtedy to razem z innymi dziećmi wyprowadziła nas z domu Zofia Ptaszek. Ponieważ o własnych siłach nie mogłam iść, podtrzymywał mnie mój kuzyn, ale tutaj nad młynem opadłam już z sił z powodu upływu krwi i zimna. W samej sukience pozostałam na śniegu. Po pewnym czasie zauważyłam idącą drogą kuzynkę i przywołałam ją do siebie. Miała ona wtedy 18 lat. Zniosła mnie na plecach do Ludwika Sołtysa w osiedlu Tomaśki. Z gór sprowadzono działającego w polskiej partyzantce studenta medycyny Karola Chlipałę, który zatamował mi krwotok ze zranionej nogi. Tato nasz posłał do Łącka furmankę po lekarza i księdza. Ksiądz zaopatrzył mamę na śmierć, a ja, ponieważ byłam uczennicą II klasy, przystąpiłam wtedy po raz pierwszy do spowiedzi świętej. Stan mój był bardzo ciężki i w Boże Narodzenie tato mnie i panią Mazurkową odwiózł furmanką do szpitala w Nowym Targu. Ze szpitala wyszłam dopiero pod koniec marca 1945 roku. Po ukończeniu szkoły średniej pracowałam w województwie szczecińskim jako nauczycielka przez 34 lata. Przeżycia tamtych dni z Ochotnicy pozostały mi w pamięci na trwałe, na całe życie.”

Pamięć o tym tragicznym wydarzeniu jest wciąż żywa. Po wojnie w 1962 roku odsłonięto pomnik ku czci ofiar wojny i krwawej pacyfikacji w osiedlu Brzeźnie w Młynnem . Pomnik wykonał artysta Henryk Burzec , a przedstawia on kobietę z dzieckiem wyciągającą ku niebu rękę. To Maria Kawalec, ta, która w pamiętnym dniu, chcąc ratować dziecko, zakrywała je sobą, tracąc wraz z nim swe młode życie. „ Pod rosochatą wierzbą nad strumykiem obok zagrody szukając ratunku przypadła z dziecięciem, tuląc maleństwo do piersi i tak zesztywniała w upadku – ugodzona kulami Maria Kawalcowa – jakby skamieniała na mrozie.” Na miejscowym cmentarzu w Ochotnicy Dolnej znajduje się zbiorowa mogiła ofiar „Krwawej Wigilii”. W osiedlu Brzeźnie, w miejscu, gdzie niegdyś stał młyn, w którym schroniło się i zginęło w płomieniach kilku ludzi, stoi krzyż z tablicą pamiątkową oraz z figurą Serca Pana Jezusa.
Pamięć o bohaterach „Krwawej Wigilii” nie może wygasnąć. Musi być wciąż żywa w młodym pokoleniu, które zna tę historię jedynie z opowiadań.
 
Webmaster: IAP

© Wszelkie prawa zastrzezone     INTERAKTYWNA POLSKA